... kolejny raz na starcie i kolejny raz śpiewamy radosnym głosem "...co ja robię tu, co ja tutaj robię?"
Nasza taktyka grupowa jest nieco odmienna i zależna od ilości kondycji zabranej z Wrocławia. Mojej wyjątkowo nie spakowałam co daje się odczuć już na starcie. W końcu walka o ostatnie miejsce zobowiązuje. Na poprzednim maratonie zamykałam stawkę wraz z przesympatycznym Panem jadącym razem z synem, a synowi towarzyszyło rozwolnienie co dawało mi szansę na nawiązanie walki i utrzymywanie tempa. Niestety zeszli z trasy i jedynym towarzyszem została bezkresna pustka.
W Krakowie nawiązałam dialog (w końcu od czego są maratony) z dwoma Panami startującymi z grupą swoich i pożyczonych dzieciaków. Pozachwycałam się metodami wychowawczymi i wspólnymi występami i tyle ich widziałam bo dzieciaki nie miały problemów zdrowotnych i szybko pokazały mi jak wyglądają ich koszulki z tyłu (były dokładnie tak samo ładne jak z przodu), a potem ..., a potem jak zwykle było cudnie ... samotnie, wolno i dużo na nogach z powodu błota. Sporo powtarzających się myśli, że dlaczego maraton nazywa się rowerowy jak ja przeważnie biorę na piechotę, że właściwie co JA tu robię, skoro pod górę się męczę a z góry boję i zawsze ta sama konkluzja: jak dobrze, że mogę, że nie muszę, że nie najważniejszy wynik i że jest tu miejsce dla każdego i dla tych co walczą o sekundy i metry i dla takich jak my, którzy się świetnie bawią, którzy walczą czasem z samym sobą, którzy zrobili z maratonu kolejny po nartach pomysł na fantastyczne spędzanie czasu.
Wiesiu Szreku Zielony to wszystko dzięki Tobie, dziękuję.
Jola Kwiaciarka z drużyny Leśnych Dziadków